Jednym z największych źródeł cierpienia człowieka nie są wydarzenia same w sobie, lecz opór wobec tego, co jest. Umysł nieustannie próbuje poprawiać rzeczywistość, zmieniać ludzi, sytuacje, przeszłość. W ten sposób wchodzimy w wewnętrzną walkę, która nigdy nie może zostać wygrana. Rzeczywistość zawsze jest silniejsza od naszych oczekiwań.
Na mapie poziomów świadomości Hawkinsa opór, złość, frustracja i niezgoda na to, co się wydarza, kalibrują poniżej poziomu 200. Są to stany, które powodują kurczenie się, napięcie w ciele, zmęczenie emocjonalne i chroniczny stres. Cierpienie nie wynika z faktu, że coś się wydarzyło, lecz z przekonania, że nie powinno się wydarzyć.
Akceptacja nie oznacza bierności ani zgody na krzywdę. Akceptacja oznacza uznanie faktu: „tak jest w tej chwili”. Dopiero z tego miejsca możliwa jest realna zmiana. Kiedy przestaję walczyć z rzeczywistością, cała energia, która wcześniej była zużywana na opór, wraca do mnie. To właśnie wtedy pojawia się spokój, jasność i dostęp do wyższych poziomów świadomości.
W pracy z podświadomością bardzo wyraźnie widać, że brak akceptacji jest programem. To nie świat jest problemem, lecz zapisane w umyśle wzorce typu: „to niesprawiedliwe”, „tak nie powinno być”, „inni powinni się zmienić”. Każdy taki program utrzymuje nas w roli ofiary i oddaje moc na zewnątrz.
Podczas autohipnozy lub hipnoterapii pracuję z tymi zapisami u źródła. Kiedy umysł znajduje się w stanie głębokiego relaksu, możliwe jest zauważenie emocji stojących za oporem. Najczęściej są to strach, złość, poczucie krzywdy lub wstyd. Uwalnianie tych emocji powoduje naturalne przejście w akceptację, bez zmuszania się do niej.
Proces uwalniania jest prosty, ale bardzo głęboki. W stanie autohipnozy zadaję sobie pytania:
Czy jest moją intencją uwolnić opór wobec tej sytuacji?
Czy to zrobię?
Kiedy?
Kiedy emocja zostaje uwolniona, akceptacja pojawia się sama. Nie jako koncepcja mentalna, lecz jako realne doświadczenie w ciele. Znika napięcie, oddech się pogłębia, a sytuacja przestaje wywoływać reakcję.
W tym miejscu bardzo często naturalnie pojawia się akt poddania Bogu. Nie jako religijny rytuał, lecz jako wewnętrzna zgoda na to, że życie wie lepiej. Poddaję Bogu wszystko to, czego nie jestem w stanie kontrolować. Paradoksalnie właśnie wtedy odzyskuję poczucie mocy.
Akceptacja kalibruje wysoko. Jest na poziomie 350, a w połączeniu z miłością i zaufaniem prowadzi jeszcze wyżej. To stan, w którym przestaję być w konflikcie ze światem, a zaczynam być z nim w zgodzie. Nie oznacza to, że wszystko mi się podoba, ale oznacza, że przestaję cierpieć.
W praktyce codziennej akceptacja polega na uważnym obserwowaniu siebie. Kiedy pojawia się napięcie, myśl o niesprawiedliwości lub chęć walki, zatrzymuję się i pytam: co tak naprawdę teraz czuję? Następnie tę emocję uwalniam lub poddaję Bogu. Jeśli pojawia się program, kasuję go świadomie.
Kasuję ten program teraz, już w to nie wierzę. Jestem nieograniczoną istotą, jedyne co mnie ogranicza to, to w co wierzy mój umysł. I to ja mam moc, by uwolnić z niego wszystko i skasować każdą myśl, przekonanie i program.
Jestem nieograniczoną istotą, ogranicza mnie tylko to, co utrzymuję w moim umyśle, nie ma żadnych zewnętrznych przyczyn.
Całkowita akceptacja nie zmienia świata. Ona zmienia punkt, z którego go doświadczam. A to wystarcza, by całe życie zaczęło układać się inaczej.
