Hasło „żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim” bywa często źle rozumiane.
Nie chodzi w nim o intensywność, pośpiech ani wyciskanie z życia jak najwięcej doświadczeń.
Z perspektywy świadomości to zaproszenie do autentyczności, a nie do ekstremów.
Gdy naprawdę dopuszczasz myśl o skończoności, odpada wiele niepotrzebnych napięć.
Ego traci część swojej władzy, bo przestaje mieć czas na dramaty i udowadnianie racji.
Zostaje to, co prawdziwe i istotne.
Życie „jakby to był ostatni dzień” nie oznacza robienia wielkich rzeczy.
Często oznacza niewycofywanie się z prostych prawd.
Mówienie tego, co jest szczere.
Nieodkładanie na później.
Na poziomie świadomości znika potrzeba bycia kimś innym.
Pojawia się zgoda na bycie sobą – tu i teraz.
Bez poprawiania, bez przyszłych wersji siebie.
Każdy dzień jako ostatni dzień to także zaproszenie do pełnej obecności w ciele.
Do zauważania napięć, zamiast ich ignorowania.
Do słuchania emocji, zamiast ich tłumienia.
W tym stanie przestajesz inwestować energię w to, co Cię pomniejsza.
Relacje oparte na lęku zaczynają tracić sens.
Zgoda na bylejakość staje się niemożliwa.
Z perspektywy mapy świadomości Hawkinsa taka postawa naturalnie podnosi poziom energii.
Nie przez walkę, lecz przez rezygnację z nieautentyczności.
Świadomość przesuwa się z przetrwania w kierunku prawdy.
Życie jakby dziś było ostatnim dniem to także pozwolenie sobie na spokój.
Nie wszystko musi być domknięte.
Nie wszystko musi być zrozumiane.
Czasem największym aktem odwagi jest pozwolić sobie odpocząć.
Albo przestać naprawiać to, co nie wymaga naprawy.
Tylko obecności.
Taki sposób życia nie sprawia, że stajesz się obojętna.
Wręcz przeciwnie – stajesz się bardziej czuła na to, co prawdziwe.
Na siebie i na innych.
Każdy dzień jako ostatni nie jest groźbą.
Jest przypomnieniem, że życie nie dzieje się jutro.
Dzieje się teraz.
I właśnie w tej prostocie pojawia się prawdziwa wolność.
Nie spektakularna.
Cicha.
Prawdziwa.
